Jarosław Kaczyński – ostatni rewolucjonista Trzeciej Rzeczpospolitej?

Miałem zamiar w najbliższy weekend napisać, co sądzę o poczynaniach Jarosława Kaczyńskiego w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i ocenić jego pomysł na rządzenie III RP, po uzyskaniu – w wyniku demokratycznych wyborów – dyktatorskiej władzy.

Dosyć przypadkowo trafiłem na link do artykułu Krzysztofa Mazura, na portalu jagiellonski24.pl. Krzysztof Mazur, to:

doktor politologii, filozof, działacz społeczny; prezes Klubu Jagiellońskiego, członek redakcji Pressji; pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP.

Tu mała dygresja osobista. Moja pierwsza próba podjęcia studiów zakończyła się totalną porażką. Bodajże w 1979 roku, złożyłem papiery i udałem się na egzamin do Krakowa.

Marzyły mi się studia na Uniwersytecie Jagiellońskim na kierunku: teatrologia! Porwałem się z motyką na słońce. Jak to Staś 😉

Na jedno miejsce przypadało ponad 20 kandydatów, a ja byłem jedyny z maturą po… technikum zawodowym i to związanym z rolnictwem!

Ale wspomnienia z egzaminów mam wspaniałe… to życie w akademiku i szukanie meliny… czeka na opisanie.

Okazało się, że tekst Krzysztofa Mazura jest znakomity. Moim zdaniem Krzysztof Mazur trafnie odgaduje i opisuje prawdziwe intencje Jarosława Kaczyńskiego, co do Trybunału Konstytucyjnego i jego pomysł na ustrój i rządzenie w III RP.

Brawo panie Krzysztofie. Cały artykuł możecie przeczytać w 13 minut. Tak to określa portal jagiellonski24.pl.

Na zachętę – poniżej cytuję ostatni akapit tekstu Krzysztofa Mazura: Jarosław Kaczyński – ostatni rewolucjonista III RP.

Jarosław Kaczyński ostatecznie nie poszedł w ślady swojego intelektualnego mistrza. Pomimo licznych zachęt prof. Stanisława Ehrlicha nie pozostał wierny karierze akademickiej.
Gdzieś w połowie lat 70. zaczął o sobie mówić, że wybrał drogę „samotnego rewolucjonisty”. W „wojnie o Trybunał” widać całą siłę, a zarazem słabość, tamtego wyboru. „Samotny rewolucjonista” ma wystarczająco dużo odwagi, by zakwestionować cały porządek prawny III RP.
Ma wystarczająco dużo siły i determinacji, by zaskakującymi działaniami zmniejszyć rolę instytucji, którą środowisko prawnicze uznawało dotąd za nienaruszalny fundament.
„Samotny rewolucjonista” nie ma jednak wystarczająco dużo siły, by zaproponować nowy ład instytucjonalny, który na kilkadziesiąt lat zmieni Polskę.
Jarosław Kaczyński jest w ten sposób ostatnim rewolucjonistą III RP. Wystarczająco przenikliwym, silnym i konsekwentnym, by wygrać historyczną wojnę z Adamem Michnikiem. Chyba jednak zbyt słabym, by zbudować wymarzoną IV RP.

Jarosław Kaczyński to według Krzysztofa Mazura, ostatni rewolucjonista III RP. W pełni się zgadzam z taką opinią.

Pomysłu Prezesa na rządzenie Polską zostaną zweryfikowany już za niecałe 4 lata.

Ja nie protestuję przeciwko dyktaturze Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ uważam, że społeczeństwo w wyborach dało mu na to przyzwolenie. Jeżeli w Polsce rządzonej przez PiS, poziom życia społeczeństwa będzie się podnosić, to Prezes przedłuży swoją dyktaturę na następne 4 lata, niezależnie od obecnych protestów opozycji. Ludzie w 3D mają wolność, równość i demokrację, jeżeli za tym nie idzie pełna micha!

2 myśli na temat “Jarosław Kaczyński – ostatni rewolucjonista Trzeciej Rzeczpospolitej?

  • 31 stycznia 2016 o 00:37
    Permalink

    INTERMARUM.
    Im bardziej nasilają się histeryczne ataki na prezydenta i rząd, im bardziej scenariusz tej kontrofensywy powyborczej przypomina nie rzetelną, nie merytoryczną dyskusję o Polsce, lecz skonfigurowaną z zachodnimi interesami zdradę targowicką, im przejrzyściej dostrzegam rezolutną myśl strategiczną w obejmowaniu wszystkich filarów władzy w Polsce, tym bardziej biorę w ostrożną i umiarkowaną obronę opcję PiS. Oczywiście z licznymi zastrzeżeniami.
    Od samego początku moją nadzieję budowali młodzi, liberalni reformatorzy z tej formacji, w wielu miejscach przeze mnie nazwani „gołębiami”, poczynając od Andrzeja Dudy, poprzez Mateusza Morawieckiego, Anię Streżyńską, Pawła Szałamachę i Dawida Jackiewicza.
    Z rezerwą i dystansem, także od początku, odnosiłem się do skrzydła „jastrzębi”, uosabianego z mojej perspektywy przez Antoniego Macierewicza, Zbigniewa Ziobrę i Witolda Waszczykowskiego, w szczególności po obserwacji obecności w kręgu jego prerogatyw – Pawła Kowala (przy stole rozmów z Orbanem) i Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, z jego tyleż sławną co durną i niepotrzebnie impertynencką wobec Rosji wypowiedzią o darowaniu ukraińskiemu bezhołowiu – polskich, krwawo wypracowanych miliardów.
    Mojej ostrożności w wyrażeniu en bloc poparcia dla tej partii, w najmniejszym stopniu nie ograniczył zasłyszany wywiad Ewy Stankiewicz z prof. Bogusławem Wolniewiczem, zakończony ostentacyjnym wyjściem profesora ze studia, w obliczu napastliwych szarż protagonistki tezy „o zamachu smoleńskim” na umiarkowanego w poglądach i w tej kwestii – interlokutora.
    Tuż po katastrofie smoleńskiej, do Marty Kaczyńskiej, skierowałem list, wyrażający szok, ból i współczucie. Bo tak to odebrałem jako człowiek.
    Co w najmniejszym stopniu nie oznacza poparcia dla idei wylotu do Katynia tak licznej reprezentacji, tego szczebla i w tym składzie na pokładzie jednego samolotu. Zwłaszcza po katastrofie Casy z generalicją na pokładzie. Zwłaszcza po ostentacyjnym skonfliktowaniu z Rosją na tle wydarzeń w Gruzji i budowaniu wokół tego mocarstwa łańcucha państw pozostających do niej we wrogiej opozycji.
    To – delikatnie mówiąc – była spora nieostrożność.
    Jednak dziś, gdy zachód bez reszty nas skolonizował, gdy pod pretekstem i pozorem obrony rzekomo naruszonych wolności i demokracji – mamy do czynienia z bezprecedensową ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski nikogo nie reprezentujących, za to samoreprodukujących się komisarzy, gdy naszemu bezpieczeństwu zagraża szaleństwo rezydującej w Berlinie komunistki, a istnienie cywilizacji, kultury i wiary – staje pod znakiem zapytania, otwieranie kolejnego frontu na wschodzie, budowanie umocnień, stosowanie wrogiej narracji, jest najoględniej mówiąc nieroztropne, by nie rzec ZBRODNICZE.
    Państwa skupione wokół Wyszehradu – niepostrzeżenie zwierają szeregi.
    To nie tylko odruch obronny przed inwazją islamu sterowaną z Brukseli i Berlina. To odruch protestu przed nonszalancją tych stolic wobec unijnych państw „drugiej kategorii”, to reakcja na sposób w jaki potraktowana została Grecja, to wyczuwalny tu brak własnej podmiotowości.
    Lekceważeni na zachodzie, staliśmy się in corpore ważni dla dalekiego wschodu. Czego najwymowniejszym dowodem jest utworzenie z inicjatywy Chin grupy państw 16+1, osadzenie jej sekretariatu w Warszawie, przystąpienie do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych jako kontroferty dla MFW i B.Ś. To wreszcie najwyższych dyplomatycznie i ceremonialnie lotów – wizyta Andrzeja Dudy, na zaproszenie Xi Jinpinga w Chinach.
    A więc wstąpiliśmy w rolę, do której aspirowały Niemcy i osobiście Angela Merkel, w toku sześciu swych wizyt w Pekinie.
    Przed Polską stoją otworem interesujące perspektywy. Synergia krajów i potencjałów jest zjawiskiem par exellence korzystnym, pod warunkiem zreformowania własnej gospodarki i nadania jej impetu promieniującego na otoczenie. Musimy się uwolnić od przekleństwa średniego wzrostu, średnich dochodów, depopulacji….
    Lecz nie zaszkodzi się także uwolnić od kompleksów i frustracji z przeszłości

    Odpowiedz
    • 31 stycznia 2016 o 01:11
      Permalink

      Dziękuję! Jestem pod wrażeniem… Twojego obiektywizmu! Więcej takich ludzi a realna staje się perspektywa zmiany oszołomów na polityków z klasą. Ten fragment: biorę w ostrożną i umiarkowaną obronę opcję PiS. Oczywiście z licznymi zastrzeżeniami – mógłby być i mój, gdybym miał Twoje doświadczenie w tej materii. Proszę o więcej! Pozdrawiam 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *