Warszawski burak! Ku Prawdzie na tropie!

Obiecałem Wam grubszy tekst o Adamie Kall. O jego dokonaniach na niwie logistyki, będę mógł napisać dużo, gdy zdobędę dokumenty, które potwierdzą czarno na białym, że to co piszę, to już prawda udokumentowana, a nie tylko moja prawda.

Mam z tym problem, ponieważ na moje pytania kierowane do rzeczników prasowych KWP i KGP, na ogół otrzymuję… wymijające odpowiedzi.

Najczęściej jak czytam taką odpowiedź, to dostaję bólów brzucha… ze śmiechu. Dzięki temu mam materiał na kilka humorystycznych wpisów, ale dokumentowanie dokonań Adama Kall rozciąga się w czasie.

Skoro nie mogę pisać o dokonaniach zawodowych Adama Kall, przedstawię Wam, kilka historyjek z mojego życia, z pobocznym udziałem tegoż oficera Policji.

Tak na potrzeby ewentualnego procesu o… no nie wiem… co wymyślą radcy prawni… czy to będzie zniesławienie, czy obraza…  informuję, że przedstawiane historyjki, to autentyczne wydarzenia. Zmieniłem jedynie imiona i nazwiska współuczestników wydarzeń.

Przypominam, że Adam Kall został awansowany na logistyka w Olsztynie z dyrektorskiego stanowiska w Warszawie. Już pierwsza odprawa z naczelnikami podległych mu wydziałów, w której uczestniczyłem, ukazuje mi jego charakter: buta i brak szacunku dla niższych i równych stopniem.

Za czasów gdy logistykiem był Antoni Kosiba, uczestnicy odprawy, byli zazwyczaj zapraszani do gabinetu przez gospodarza i witani w drzwiach uściskiem dłoni. Warszawiak siedział za biurkiem, i chyba nawet nie podniósł czterech liter, by podać rękę na powitanie.

Z tej odprawy doskonale zapamiętałem z jaką wyższością, i jak obcesowo potraktował Roberta Kubicę, który dwa lata wcześniej, siedział za tym samym biurkiem, bo także był logistykiem.

W krótkim czasie, Adam Kall podejmuje decyzje, które uświadamiają – nie tylko mi – ale i innym podległym mu funkcjonariuszom i pracownikom, że facet nie ma zielonego pojęcia o logistyce.

Wręcz tragikomiczne było to, że były zastępca dyrektora biura finansów KGP, nie znał klasyfikacji budżetowej! Często, gdy Felek Zdankiewicz wracał z odprawy, to w wydziale mieliśmy niezły ubaw, z przekazywanych nam decyzji Adama Kall. Teraz ponoć już się wielu rzeczy nauczył, i jest dużo mniej okazji do śmiechu.

Praca w każdej budżetowej firmie, to także kursokonferencje i imprezy integracyjne. Ja uczestniczyłem w wielu i bardzo dobrze je wspominam.

Zdarzyło mi się – raz czy dwa – że pomyliłem się w liczeniu, i wypiłem o ten jeden kieliszek za dużo. Teraz Was koleżanki i koledzy z firmy przepraszam, jeżeli kogoś wtedy uraziłem. Mam jednak nadzieję, że takim zachowaniem szkodziłem tylko… sobie 🙁

W Juracie przeżyłem jedyną imprezę integracyjną z udziałem Adama Kall. Siedzieliśmy po tej samej stronie stołu, oddaleni od siebie, chyba o dwa, czy trzy krzesła. Nieważne. Kontaktu bliższego nie szukałem, bo robiłem za didżeja. Do stołu wracałem na chwilkę, by walnąć kielicha i coś przegryźć.

Naprzeciwko Adama Kall, siedział mój kolega po fachu, znany z dużej ochoty do gawędzenia Henio Warczyk. Na drugi dzień zapytałem się Heńka: no, jak tam było? Pogadaliście sobie? Pewnie boli cię język od dyskusji. Na co Henio odpowiada:

coś ty Stachu. To burak. Zero odzewu. Słyszałem tylko jak mruczał pod nosem: yyychy jak proponowałem czy polać!

Dużo o charakterze tego warszawiaka, powiedziała mi opowieść jednego z uczestników imprezy integracyjnej, na której mnie nie było. Gdy zapytałem się kolegi o wrażenia, opowiedział – mniej więcej – to:

ogólnie było okej ale wiesz co mnie spotkało? Lubię tańczyć a nie tylko siedzieć za stołem. Gdy impreza była już dobrze rozkręcona zobaczyłem, że obok wstawionego Kalla siedzi, smutna nasza „burza włosów”, to podszedłem i poprosiłem ją do tańca. Wyobraź sobie, że ten burak nie pozwolił nam zatańczyć! Powiedział, że ona już do końca imprezy będzie tańczyć tylko z nim!

Nie będę tu cytował epitetów, jakie jeszcze usłyszałem, pod adresem zaborczego adoratora, naszej sympatycznej i skorej zazwyczaj do tańca burzy włosów, którą serdecznie pozdrawiam!

Teraz chyba każdemu jest jasny tytuł, jaki nadałem temu wpisowi. W Adamie Kall, nie tylko ja zobaczyłem typowego warszawskiego buraka.

Jeżeli ktoś ma wątpliwości, co do trafności mojej opinii, to proszę przeczytać tekst Michała Gąsiora Nie ma buraka nad Warszawiaka. Kto i za co nienawidzi mieszkańców stolicy.  

Warszawski burak to: zero dystansu, egoizm, bufonada. Zbigniew Hołdys podsumował taką postawę prostą grafiką. Czy Zbigniew Maj będzie dalej uszczęśliwiać Olsztyn, flancując na warmińsko-mazurską ziemię, te skądinąd smaczne warzywo? 

 

2 myśli na temat “Warszawski burak! Ku Prawdzie na tropie!

  • 8 stycznia 2016 o 22:29
    Permalink

    Smutne że ktoś taki zarządza całym regionem w firmie Wstyd Człowiekiem honoru to on nie jest Oficer-hańba najgorszy sort

    Odpowiedz
    • 8 stycznia 2016 o 22:41
      Permalink

      Dziękuję! Jakem Olsztyn, zapewniam Cię JOW, że styczeń będzie przełomowy w jego karierze. To będzie moje przedostatnie podziękowanie dla tego złego logistyka, złego policjanta i złego człowieka!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *