Z dwojga złego woleli Niemców, bo ci nie dziurawili ich widłami!

Mija już drugi tydzień od momentu, gdy obejrzałem film Wołyń w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Na ogół recenzję piszę na gorąco, aby utrwalić wszystkie, nawet te najbardziej ulotne wrażenia, i aby moja opinia o danym dziele, była z serca a nie z głowy.

Jednak tym razem emocje, które mną targały, nie pozwoliły na podjęcie nawet próby ich opisania.

I dobrze się stało, ponieważ kilka dni po pobycie w kinie, przeczytałem książkę, napisaną przez Krzesimira Dębskiego: Nic nie jest w porządku, z podtytułem: Wołyń – moja rodzinna historia.

Historia rodzinna opisana przez Krzesimira Dębskiego pozwala na lepsze zrozumienie przekazu filmowego Wojciecha Smarzowskiego. 

Te dwa opisy rzezi wołyńskiej – różne formą artystyczną – znakomicie się uzupełniają. Scenariusz filmu nie powstał na podstawie tej książki, ale ma kilka elementów wspólnych, ponieważ i Smarzowski i Dębski opisują te same wydarzenia sprzed lat.

Krwawa Niedziela na Wołyniu. W tym dniu nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do domów i kościołów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków zebranych na sumach…
Ta niedziela była dniem rozpoczynającym masakrę. Wcześniej zdarzały się mordy, ale od tej niedzieli zaczęła się rzeź… Mama z ojcem uciekli z pogromu. Ukraińcy jednak porwali i zabili mojego dziadka i babcię. Po latach poszukiwań spotkałem ich mordercę.

Powyższy cytat mówi dużo, o czym opowiada Krzesimir Dębski w książce: Nic nie jest w porządku. Jeszcze więcej o zawartości książki mówią tytuły jej rozdziałów:

Ta niedziela, Oczyszczuwalna akcja, Ucieczka, Przed pogromem, W kleszczach nacjonalizmu, komunizmu i nazizmu, Odnajdywanie, Z miejsca na miejsce, Poszukiwania grobu dziadków, Morderca, Kresowiacy, Zafałszowana historia.

W filmie: Wołyń kanwą spinającą wydarzenia z kilku lat, jest miłość kobiety i mężczyzny, Polki i Ukraińca.

W książce: Nic nie jest w porządku kanwą spinającą wydarzenia na przestrzeni kilkudziesięciu lat, jest miłość do Ojczyzny.

Rodzina Dębskich, Włodzimierz, ojciec Krzesimira i jego matka, Aniela Sławińska, także kochała się zwyczajną ludzką miłością.

Jednak rodzinę Dębskich spajała i pozwoliła im przetrwać rzeź i wojnę, także miłość patriotyczna.

Miłość do Ojczyzny, ziemi rodzinnej w znaczeniu takim, które dzisiaj wydaje się być niezrozumiałe, dla pokoleń urodzonych po II wojnie światowej.

Włodzimierz Dębski był człowiekiem i żołnierzem niezłomnym. Podczas walki w kościele w Kisielinie został ranny. W wyniku odniesionych obrażeń amputowano mu jedną nogę.

Po kuracji nie wahał się, by dalej kontynuować walkę. Gdy po zakończeniu wojny o walce zbrojnej już nie było mowy, rozpoczął swoją prywatną wojnę. Jego orężem były… słowa:

Ojciec zawsze mówił co myśli.

Za słowa prawdy, w czasach stalinizmu szło się do więzienia, a później „prawdomówny” nie miał szans na zdobycie dobrej pracy.

Jednak Włodzimierz Dębski, antykomunista z przekonania i doświadczenia życiowego, został dyrektorem szkoły muzycznej. 

Oficerowie z SB przychodzili i cierpliwie tłumaczyli: „Ma pan, towarzyszu dyrektorze, złożyć sprawozdanie z postawy społeczno-politycznej nauczycieli i dorosłych uczniów”.
A ojciec na to: „Nie jestem towarzyszem, nie należę do partii i nie będę pisał donosów”.

Kogo z obecnie żyjących stać byłoby – w tamtych czasach – na taką odpowiedź dla oficerów z SB? Kto – w dzisiejszych czasach – nie napisałby kłamliwego raportu, czy notatki na kolegę z pracy, aby tylko utrzymać się na stanowisku?

Z własnego doświadczenia wiem, że choćby w Policji, takich bohaterów nie znajdziesz! Większość to wazeliniarze bez honoru, którzy dla kariery napiszą i powiedzą wszystko to, o czym przełożony tylko pomyśli.

Aniela Sławińska, matka Krzesimira Dębskiego to także człowiek i żołnierz niezłomny.

Gdy mąż, który był zakonspirowanym żołnierzem Armii Krajowej, zabronił jej angażowania się w walkę, bez jego wiedzy, nawiązała kontakt z AK i została sanitariuszką.

Brała udział w akcjach bojowych, a gdy wpadła w ręce sowietów, bez pytania o zgodę wcielono ją do LWP.

Nic nie jest w porządku mówi bardzo dużo o Ukraińcach i o podłożu rzezi wołyńskiej. Krzesimir Dębski w sposób wyważony i obiektywny przedstawił Naród ukraiński, który wyrządził jego rodzinie tak dużo złego. 

Opisuje sąsiadów z Kisielic, którzy przeobrazili się w zimnych morderców. Przywołuje także pozytywne, wręcz bohaterskie postawy Ukraińców, którzy ratowali Polaków tak jak mogli, czy potrafili, narażając się na śmierć z rąk pobratymców.

Po lekturze tej książki i obejrzeniu filmu Wołyń – dla mnie – jest jasne, że za przemianę wielu normalnych Ukraińców w ślepych zbrodniarzy, odpowiedzialny jest… nacjonalizm.

Już w latach 20-tych ub. wieku, Ukraińska Organizacja Wojskowa nawoływała: Nie wstydźmy się mordów i podpaleń!

W 1929 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, której jednym z przywódców był Stepan Bandera, w  Dekalogu Nacjonalisty głosiła zasadę, by nie wahać się przed największą zbrodnią, w imię powstania państwa ukraińskiego. 

Ukraińska Powstańcza Armia, spadkobierczyni banderowskiego OUN-u, tę zasadę wcieliła w życie, zatruwając proste umysły zbrodniczą ideologią i mamiąc ludzi, że samoistna Ukraina stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą.

Jedyny warunek niezbędny dla realizacji tej wizji, to pozbycie się wszystkich Lachów!

I tu chciałbym zwrócić uwagę na jeden ważny fakt, który dosyć szczegółowo opisuje Krzesimir Dębski.

Na Wołyniu mieszkało nieco ponad 2 mln osób. Według spisu ludności z 1921 r. Ukraińcy stanowili 68,4 proc., Polacy 16,8 proc., Żydzi 10,6 proc., Czesi, Niemcy i Rosjanie około 1 proc. 

Dotychczas myślałem, że Polacy stanowili, jak nie większość mieszkańców Wołynia, to przynajmniej liczebnie byli bliscy Ukraińcom.

A okazuje się, że w sumie, nie stanowiliśmy nawet 1/5 społeczności wołyńskiej.

Dodatkowo w roku 1943 Polacy na Wołyniu byli równie biedni, jak inni mieszkańcy i nie administrowali tym terenem.

Lach nie był panem i władcą! Ale w pojęciu zbrodniarzy z UPA, nie można było utworzyć Ukrainy bez czystki etnicznej.

Książka Nic nie jest w porządku jest napisana językiem prostym, bez żadnych finezyjnych, literackich wstawek. Duża jej część to „beznamiętny” opis wydarzeń.

Liczą się tylko fakty. Ale to te fakty krzyczą! Po przeczytaniu książki nie można przejść do życia, i do pojednania polsko-ukraińskiego, bez osobistych refleksji i przemyśleń.

Dla Krzesimira Dębskiego nie będzie rzeczywistego pojednania między Polską a Ukrainą dopóty, dopóki te same osoby będą uważane przez jednych za zbrodniarzy, a przez drugich za bohaterów narodowych.

Ja dodam od siebie, że państwo, które buduje swoją świadomość narodową na morzu bestialsko przelanej krwi, nie może oczekiwać nawet przychylnego nastawienia do siebie, zanim nie potępi swoich nacjonalistów, którzy nawoływali:

by nie wahać się przed największą zbrodnią!  

Z dwojga złego woleli Niemców, bo ci nie dziurawili ich widłami! Ten cytat słów, uczestnika wydarzeń z 1943 roku, doskonale oddaje to, co świadomi swojej historii Polacy, myślą o Ukrainie i w dzisiejszych czasach. Nadal Nic nie jest w porządku w sprawie rzezi wołyńskiej! Krzesimir Dębski swojej opowieści nie kończy na rzezi. W książce przedstawione są powojenne losy szerszej grupy kresowiaków i skuteczne poszukiwania mordercy jego dziadków. Ku pamięci!

 

źródło: facebook
źródło: facebook
Ku Prawdzie: Dziękuję! Jak Polska walczyła o niepodległość, to które narodowości mordowała? Nic nie usprawiedliwia nawoływania do popełniania największych zbrodni, w imię… każdej idei… nawet w imię powstania państwa!
źródło: facebook
źródło: facebook
Ku Prawdzie: Dziękuję! Pełen szacun dla Krzesimira Dębskiego za zapisanie historii rodziny i patriotyczną, nie nacjonalistyczną postawę!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *