Posiadam pewną wiedzę o skutkach katastrofy w Czarnobylu, którą się dzielę, dopóki można! Jerzy Jaśkowski

Już od kilku lat obserwujemy dziwną ciszę medialną, nad jedną z największych tragedii naszych czasów, czyli tragedią czarnobylską. Żurnaliści z polskojęzycznych mass mediów, działając na polecenie odgórne, wkładają wiele wysiłku, aby otumanić społeczeństwo.

Mass media głównego nurtu dezinformacji takie jak: Polityka, Rzeczpospolita, czy Wprost, specjalnie wymazują skutki katastrofy w Czarnobylu w związku z tym, że mamy w Polsce zbudować elektrownię atomową.

Amerykański monopolista Westinghouse, od lat nie ma nowych zamówień i musi oskubać kolejny kraj.

Jako, że byłem kilkakrotnie w Strefie Wykluczenia tzw. zonie, poznałem wielu „czarnobylców”, w tym dowódcę 5 zmiany gen. GRU, chorego na białaczkę.

Byłem z arcybiskupem Świątkiem, organizatorem wypoczynku ok. 700 dzieci ze strefy skażonej.

Kierowałem zespołem opracowującym jedyny po katastrofie w Czarnobylu Raport o jej skutkach dla Polski.

Byłem członkiem Komisji Wierusza Państwowej Agencji Atomistyki, rozwiązanej po moim liście otwartym o machlojkach tej komisji.

Posiadam pewną wiedzę o skutkach katastrofy w Czarnobylu, którą się dzielę, dopóki można.

W nocy z 25/26 kwietnia 1986 roku, doszło do najpoważniejszej awarii w energetyce jądrowej. Stopił się rdzeń reaktora w elektrowni  jądrowej w Czarnobylu.

Oficjalna wersja mówi, że przyczyną był błąd prowadzących eksperyment. Niestety, prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę.

Dlaczego?

1 – atomistom nigdy nie będzie zależało na ujawnieniu prawdy.
 2 – rządy krajów postkomunistycznych są obsadzone przez starą kadrę, która nie przyzna się do błędów.
3 – Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej jest zainteresowana rozszerzaniem przemysłu jądrowego i  liczeniem  zysków, tak jak każdy sprzedawca, a nie wyjaśnianiem i dochodzeniem do prawdy.
4 – jest to temat produkcji broni atomowej, a więc tabu dla cywilów.
5 – nie wspomina się o zasilaniu przez tę elektrownię największego radaru typu HARRP, znajdującego się w odległości ok. 30 km od reaktora.

Od samego początku akcja ratunkowa w Czarnobylu przebiegała niezgodnie z zasadami ratunkowymi.

Strażaków nie powiadomiono o rodzaju awarii i ci biedni ludzie myśleli, że gaszą zwykły pożar. Dopiero jak im po kilku godzinach zaczęły wypadać włosy, to się zorientowali, że coś jest nie tak.

Wbrew oficjalnie głoszonej wersji, ewakuacja rozpoczęła się z 3 dniowym opóźnieniem Początkowo próbowano ją prowadzić poprzez zalew Prypeci, ale awaria promu unieruchomiła tę drogę.

Ludzie stali przez prawie całą dobę na wodzie, w opadzie radioaktywnym, bez wody do picia, gdyż transport miał trwać ok. godziny.

Z samego miasta atomistów, ewakuowano w ciągu tygodnia 49.000 ludzi, a ze strefy skażonej 139.000 ofiar.

W ciągu kilku miesięcy wybudowano miasteczko Sławitucze, kilkadziesiąt kilometrów od reaktora. Zupełna ignorancja decydentów i ich ekspertów spowodowała, że domki dla 24.000 osób wybudowano na terenie jeszcze bardziej skażonym.

Moskwa, nie chcąc dopuścić obłoku radioaktywnego do stolicy, wydała rozkaz ostrzelania chmur, w celu wywołania deszczu. Deszcz spadł właśnie na region, w którym później wybudowano miasteczko.

Wyrzucono w błoto setki milionów rubli.

Układ z MAEA spowodował, że rozpoczęto testowanie sprzętu, rzekomo  ratunkowego, firmy Siemens. Promieniowanie było jednak tak silne, że sprzęt unieruchamiał się. Zawodziła  elektronika.

Lekarze przysłani przez MAEA, pobierali próbki krwi do badań, zarówno ewakuowanych mieszkańców, jak i ludności z pozostałych terenów, ale jak opisał to prof. Wołkow:

Żaden wynik nie dotarł do rąk chorych i przez pierwsze kilka lat nie otrzymali oni żadnej pomocy.

– informacje własne uzyskane od prof. Wołkowa w Pińsku, w 1992 roku.

Kolejną, utajnianą do dnia dzisiejszego informacją,  jest fakt wykorzystania w charakterze likwidatorów ok. 1 mln ludzi z różnych stron Sojuza, przymusowo powołanych do wojska.

Odbywało się to w sposób urągający wszelkim prawom Człowieka.

W porze wychodzenia do pracy, o godzinie 4-6 rano, na ulicy stały ciężarówki i zatrzymywały idących mężczyzn. Bez pożegnania i powiedzenia rodzinom do widzenia, wyjeżdżali do Czarnobyla, nie wiedząc, gdzie jadą i po co.

„Ochotnicy” ci, pracowali w systemie zmianowym, w grupach po ok. 30.000. Okres takiej pracy trwał ok. 2 – 3 miesięcy.

Organizacja pracy była prosta.

Obóz mieszkalny był oddalony o około 28 km od punktu zero. Partiami, po 2.000 ludzi podjeżdżali do miejsca oddalonego od reaktora o 2 km.

Tutaj czekali, nieraz kilka godzin na swoją kolejkę. Następnie, w grupach po 600 osób dochodzili na linię 500 m i po 100 osób rzucali się biegiem do odgruzowywania.

Niestety, czas pracy określony na 5 minut był tylko teorią. W przypadku wizyty dziennikarzy, czy też innych wizytujących, mieli rozkaz ukrywania się i czekania na gwizdek.

Jedyny dozymetr na rotę – około 150 osób – był u sierżanta,  schowany w kasie pancernej w odległości 28 km od punktu zero.

Tak więc wszelkie dane podawane oficjalnie jako odczytane z dozymetrów są fałszywe i nie oddają prawdy. Wiadomo, że wraz ze wzrostem odległości od punktu zero skażenie malało.

Tych żołnierzy-ochotników-robotników pilnowało ok. milion żołnierzy KGB. Oni także nic nie wiedzieli, że byli narażeni na promieniowanie i nawet jednego dozymetru na rotę nie mieli.

Do dnia dzisiejszego, istnieje zakaz umieszczania w historiach choroby informacji, o pobycie pacjenta w Czarnobylu.

Podobno państwo stworzyło instytucje, mające chronić ludzi przed skażeniem np. stacje Sanepidu, Agencje Atomowe itd.

Nie znam w okresie minionych 50 lat,  aby chociaż raz, którakolwiek z tych instytucji ostrzegała w Polsce społeczeństwo, by nie wychodzić na  „świeże “ powietrze, z powodu skażenia radioaktywnego.

Wręcz przeciwnie, tacy specjaliści jak prof. Bożykowa, pediatra z Warszawy, czy prof. Z. Jaworowicz lub Hrynkiewicz – odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru, Liniecki z Łodzi, zachęcali społeczeństwo do spacerów na świeżym powietrzu w maju 1986 roku.

Najwyżej dzieci będą się częściej myły – twierdzono w  telewizorach.

Do dzisiaj musimy leczyć skutki bezmyślnego podania jodu po katastrofie w Czarnobylu. Bardzo dużo osób tamtego rocznika choruje na niedoczynność tarczycy.

Dopiero w poniedziałek, w 3 dni po dojściu chmury radioaktywnej do Polski, rozpoczęły się działania pokazowe.

Jak twierdzi prof. Jaworowski – stały ekspert wszystkich rządów – to on był autorem tej największej głupoty, czyli podania jodu 18 milionom Polaków.

Podanie jodu jest uzasadnione – tylko i wyłącznie – na 24 godziny przed dojściem chmury radioaktywnej do danego regionu, albo 12 godzin po jej dojściu.

Jod wolno podać – tylko i wyłącznie – wówczas, gdy spodziewana dawka promieniowania  przekracza – wg Amerykańskiego Stowarzyszenia Chorób Tarczycy – 50 remów.

W Polsce dawki te, wg oficjalnego raportu tzw. Raportu Szałajdy były o 1.000 razy mniejsze. Jaworowski wymusił podawanie jodu w miesiąc po katastrofie. W Łodzi jeszcze w połowie maja podawano jod.

Był to niczym nieuzasadniony eksperyment na ludziach.

Do dnia dzisiejszego prof. Jaworowski nie poniósł za to odpowiedzialności!

W dniu największego opadu radioaktywnego, pierwszego maja, zmuszano ludzi do pochodu pierwszomajowego. W tym dniu we Wrocławiu opad wynosił ponad 23.000 Bq na m2.

Pełny i jedyny Raport o skutkach katastrofy w Czarnobylu opublikowany przez zespół Gdańskiego Towarzystwa Naukowego, dziwnym trafem został wykradziony przez nieznanych sprawców.

Nigdy Raport… nie został nagłośniony przez oficjalne media.

W Raporcie… udowodniono wzrost, zarówno występowania wad wrodzonych u dzieci o 300 – 500 %  w latach 1987  – 1990, jak również wzrost umieralności na raka po 1990 r.

Badania rządowe prowadzono tylko w regionie białostockim, chociaż region ten otrzymał stosunkowo małą dawkę promieniowania, a nie wykonano w regionie gdańskim, ani wrocławskim, które miały znacznie większe napromieniowanie.

W województwie gdańskim badania były zakazane!

Prof. J. Terlecki z AMG przekazać musiał wszystkie dozymetry do „kontroli” i przez pierwszy rok po katastrofie, nie można było niczego oficjalnie mierzyć.

Następnie wszelkie wystąpienia do władz o granty na badania, zostawały bez odpowiedzi, albo wracały z adnotacją o braku pieniędzy. Było to wynikiem bezpośrednich nacisków PAA i dyrekcji Żarnowca.

Także do dnia dzisiejszego nie wyjaśniono sprawy tragicznej śmierci dr. Zbigniewa Wołoszyna z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, który to naukowiec w niewyjaśnionych okolicznościach został znaleziony pod  12 piętrowym wieżowcem.

Wszelkie dokumenty, wyniki badań i pomiarów, w dziwny sposób zniknęły z CLOR  już w kilka tygodni po katastrofie.

Także wyniki pomiarów z sanepidów nigdy nie były publikowane, a podawano tylko tzw. wartości średnie. Jak je tworzono? Nie wiadomo!

Z własnego doświadczenia wiem, z terenów województwa gdańskiego, że pomiary z sanepidów różniły się od pomiarów wykonywanych przez nas, nawet o 100 razy.

Nie należy także zapominać, że już na początku maja 1986 roku gen. Baryła, Główny Inspektor Sanitarny, zmienił tzw. dopuszczalne dawki substancji promieniotwórczych zawyżając je o 100 %.

Tak więc uśrednianie wg nowych norm, szczególnie dla całych regionów, praktycznie uniemożliwiało wyciąganie jakichkolwiek wniosków.

Prof. Wołkow z Pińska i prof. Lutskoj, rektor Uniwersytetu w Mińsku, potwierdzili fakt, nie tylko ukrywania danych pomiarowych, ale w ogóle niedopuszczania lekarzy z Białorusi do wyników pomiarów skażeń terenu, aż do 1990 roku.

Czyli, przez 5 lat wszelkie informacje mogące ratować życie, były ukrywane i praktycznie oficjalnie nie istnieją.

Tzw. zespoły MAEA, po przybyciu na Białoruś pobrały duże ilości próbek materiału biologicznego i błyskawicznie się ulotniły, obiecując co prawda,  przesłać wyniki analiz.

Nigdy nie wywiązały się z tej obietnicy!
Nigdy nie ujawniły także wyników analiz!

Materiały Konferencji Bałtyckiego Forum Ekologicznego,  Darłowo 1994 i Gdańsk 1995.

Jerzy Jaśkowski

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *