„Wojujący ateista” kontra „głęboko wierzący” – Marian Zdankowski

Energiczne pukanie do drzwi… – Kto tam? – Patrol katechetyczny z parafii. – No nie!!! Nie wierzę !!! – A my właśnie w tej sprawie!!!

Kiedy papieże martwią się tym, że ludzie odchodzą od Kościoła (od Boga) – traktuję owo zamartwianie się, jako ich służbowy obowiązek.

Zawsze jest lepiej mieć duży wpływ i dużą władzę, a powiększanie jej zakresu (swego imperium) to istotny czynnik każdej władzy.

Kiedy powstaje Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski2012 r. – nie wiem, co o tym myśleć, ale zastanawia taka kwestia:

jeżeli poziom wykształcenia uwalnia ludzi od przesądów i zabobonów, to najpewniejszą drogą zahamowania ateizacji byłoby pozbawienie, czy ukrócenie lub utrudnienie możliwości zdobycia wykształcenia.

Kiedy Premier Polski twierdzi, że jego największym marzeniem jest rechrystianizacja Europy (2017 r.) staram się wytłumaczyć to chęcią zdobycia głosów elektoratu PiS-owskiego, widzianego i określanego jako radiomaryjny.

Premier Morawiecki, jako nowy człowiek w środowisku Prawa i Sprawiedliwości, nie jest tam mocno zakorzeniony i funkcjonuje jedynie jako faworyt Naczelnika Państwa, czyli prezesa Kaczyńskiego.

Dlatego jego deklaracja odczytana była raczej jako próba przypodobania się tym ludziom, którzy windują słupki sondaży preferencji wyborczych.

Kiedy hasłem Marszu Niepodległości (w 2017 r.) zostaje zawołanie:

My chcemy Boga!

– nachodzą mnie czarne refleksje typu:

Czy jest jeszcze miejsce w Polsce dla ludzi inaczej myślących? 

Czy nie czas zacząć się bać?

Kiedy zaś pada propozycja by w preambule do nowej konstytucji ująć invocatio Dei, czyli odwołanie do Boga, a na prezydenta wyznaczać chrześcijanina (bo takie pomysły są bardzo poważnie przedkładane) zaczynam się poważnie lękać.

Jako ateista zaczynam się obawiać o siebie i innych ludzi z poglądami podobnymi do moich!

I myślę, że moja obawa nie jest wyssana z palca bo nie jest bezpodstawna, zaś ateistów jest zapewne więcej niż się sądzi.

Eksponowanie w rządowych mediach spraw religii i kościoła (które jest obecnie o wiele większe niż w ostatnich kilku dekadach) nie przykryje faktu, że odsetek ludzi niewierzących jest coraz większy i rośnie.

Powodem tego wzrostu jest ciągłe podnoszenie wykształcenia społeczeństwa.

Badania przeprowadzone w Ameryce dowodzą tego dobitnie.

Wśród członków amerykańskiej National Academy of Sciences, zrzeszającej najwybitniejszych naukowców amerykańskich, wierzący w Boga stanowią tylko kilka procent. Akademia liczy około 2000 członków, zaś ok. 200 nagrodzonych jest nagrodą Nobla.
Wyniki badań opublikowano w „Nature” w 1998 r. (vol. 394, No 6691). Oto dane dotyczące wiary w Boga osobowego: 
Wierzący w Boga – 7.0 %
Niewierzący w Boga 72.2 %
Jeżeli uwzględnia się bardzo szeroką kategorię naukowców, tj. wszystkich prowadzących prace badawcze, a nie tylko tych, którzy są członkami National Academy of Sciences, to według badań Pew Research Center z 2009 r. (to wysoko ceniony ośrodek badawczy), naukowcy wierzący w Boga stanowią 33 %. Mamy tu bardzo duży kontrast w stosunku do ogółu Amerykanów: 83 % dorosłych Amerykanów deklaruje wiarę w Boga. 

Trudno jest poważnie twierdzić, że wyniki podobnych badań w Polsce, byłyby diametralnie odmienne.

Logiczne więc jest, że poziom wykształcenia pomaga ludziom pozbyć się przesądów i zabobonów.

Im bardziej jest się wyedukowanym, tym logiczniej się myśli – i tym trudniej uwierzyć w różnego rodzaju czary, cuda, magię, przepowiadanie przyszłości, żyły wodne (różdżkarstwo), homeopatie, horoskopy, UFO i tym podobne brednie…

Ale jeżeli dla psychiki potrzebna jest wiara w paranaukę (pseudonaukę) – wówczas jest bez znaczenia w co się wierzy. Jakże to? Człowiek wierzący a akceptuje paranaukę i inne cuda?

Ano właśnie dlatego!

Najbardziej boję się ludzi głęboko wierzących, gdyż taki człowiek dla utwierdzenia się w swej wierze, dla swego boga zrobi wszystko. Nawet odda życie.

Ci, co uderzyli w dwie nowojorskie wieże – to wręcz wzorcowy model ludzi głęboko wierzących. I czy zrobili to z miłości do swego boga, czy też dla nagrody, która na nich czekała w niebie – to nie jest istotne. A nagroda, która tam na nich czeka – jest wprost bajeczna.

Który mężczyzna oprze się urodzie siedemdziesięciu siedmiu pięknych, kruczowłosych, czarnobrewych, śniadolicych dziewic, które czekają na was i… są chętne?

Przecież sama „wiara” w one dziewice może pchnąć młodych mężczyzn do czynów nadzwyczajnych.

Niebo chrześcijan-katolików nie może się równać do raju muzułmańskiego!?

Niebo katolickie funkcjonuje jedynie jako przeciwieństwo piekła. A, piekło jak wiadomo, jest straszne: jęki, przypalanie ogniem, dręczenie przez diabłów, gotowanie w smole, płacz – i tak przez całą wieczność. No, to przynajmniej wiadomo.

Zaś w niebie – wieczne szczęście. Ale jakie owo szczęście – nie wiadomo. Jeżeli wieczne – to też kiedyś pewnie się znudzi…

A u muzułmanów zachęta (reklama) ich raju jest aż nadto czytelna i wyraźna, szczególnie dla młodych mężczyzn. I jak tu się oprzeć takiej reklamie?

Jeżeli do tego dodać głęboką wiarę – to nieszczęście gotowe… to znaczy dla nich, dla muzułmanów – gotowe szczęście!

Czy to już fanatyzm? Czy to w ogóle fanatyzm?

Zapewne tak, ale wszyscy ludzie głęboko wierzący sami nie są w stanie zauważyć, przyznać, że są fanatykami.

Dla nich to będzie jakiś ich odcień wiary, a jeżeli przy okazji któryś przywódca duchowy (imam, biskup, archirej) ich pochwali, upewni w wierze – czegóż więcej potrzeba?

Oni są najbardziej pożądanymi wyznawcami religii.

Stan „głębokiej wiary” jest zaszczytny, z zazdrością postrzegany przez współwyznawców, chwalony przez duchowych zwierzchników. Ludźmi z „głęboką wiarą” jest łatwo sterować.

A jak łatwo – najlepszymi przykładami z historii, to m.in. wojny krzyżowe i Święta Inkwizycja, oraz krucjaty, które ogłaszane były głównie przez papieży.

Rok 1095

Papież Urban II wzywa rycerzy Europy do zjednoczenia i marszu na Jerozolimę. Zainicjował w ten sposób pierwszą wyprawę krzyżową, a uczestnicy przez udział w niej dawali wyraz swoim uczuciom religijnym.

Papież zaś głosił, iż:

Wyklęty będzie ten, kto powstrzyma swój miecz przed rozlewem krwi.

Rok 1099

W Jerozolimie dokonano masakry Żydów i Muzułmanów. Kronikarz Rajmund pisał:

Na ulicach leżały sterty głów, rąk i stóp. Jedni zginęli od strzałów lub zrzucono ich z wież; inni torturowani przez kilka dni zostali w końcu żywcem spaleni. To był prawdziwy, zdumiewający wyrok Boga nakazujący, aby miejsce to wypełnione było krwią niewiernych.

Chociaż ostatnia wyprawa krzyżowa miała miejsce w roku 1270, to Kościół już wcześniej przystąpił do ataku na innym froncie.

W roku 1204 zaczęła działać „inkwizycja biskupia” (w Langwedocji), a papież Grzegorz IX – mocą swojego urzędu – polecił w 1233 r. wprowadzić w życie Świętą Inkwizycję na terenie całego kościoła.

Słudzy Kościoła zamęczyli i spalili żywcem bardzo wielu ludzi.

Najsłynniejsze ofiary to:

Joanna d’Arc, Giordano Bruno, Heronim Savonarola, Jan Hus…

Tortury Inkwizycji były jej częścią, a do ich rozpowszechnienia najbardziej przyczynił się papież Innocenty IV wydając bullę Ad extirpanda i był to specjalny prezent dla Inkwizycji.

Palenie ludzi, praktykowane w XX wieku przez Niemców (nazistów), po raz pierwszy zastosowane było na skalę masową wcześniej przez chrześcijańską inkwizycje.

Majątki heretyków przejmowane były przez kościół i inkwizytorów. Jak na ironie inkwizytorzy wybierani byli najczęściej spośród dominikanów i franciszkanów, którzy ślubowali życie w ubóstwie…

W roku 1811 w Reszlu (dziś leżącego w granicach Polski, wówczas Prus) zapłonął ostatni w Europie stos. Skazaną była Barbara Zdunk, oskarżona – prawdopodobnie fałszywie — o podpalenie miasta.

Papież Jan Paweł II przeprosił w roku 2000 i za krucjaty, i za inkwizycję. Więc sprawa musiała być na tyle poważna i zapewne tak wiele niewinnych osób straciło życie w Imię Chrystusa, że należało zająć głos. I przynajmniej przeprosić za błędy i winy Kościoła.

Czy nadal jest się czego bać? Na pewno jest!

Przecież do wypraw krzyżowych i morderczych czynów w ich trakcie wystarczyły (zachęciły?) poduszczenia wielu papieży. Działania Inkwizycji miały także błogosławieństwo wielu papieży. I mam być pewien, że to już było i że już nie wróci?

Wszak siła wiary, a szczególnie tzw. głębokiej wiary jest ogromna; wystarczy niewielka zachęta, wskazanie wroga, wytłumaczenie konieczności, obiecanie raju i już… można być być spokojnym o kierunek działań głęboko wierzących chrześcijan.

Działań, które budzą mój lęk. Mam już tyle lat, że raczej nie będę miał szczęścia dożyć gwałtownej odnowy życia religijnego (i rechrystianizacji Europy), ale… moje dzieci lub wnuki mogą dożyć.

Jeżeli przypadkiem będą miały dobre wykształcenie – a przez to ogromny dystans do religii – wtedy różnie to się może dla nich skończyć.

Boję się, bo ludzie niewierzący wśród otaczającego religijnego społeczeństwa wyglądają jak dziwacy. Bo to są obcy, inni, a ponieważ jest ich stosunkowo niewielu – muszą być to odmieńcy. A z takimi odmieńcami nie wiadomo co robić… albo wiadomo!

Praktyka i doświadczenie w tym zakresie jest przecież spore.

Koran o niewierzących mówi jednoznacznie:

Uderzcie ich mieczem po szyi! – sura XLVII-4.

Już jaśniej nie można tego wyrazić. Bóg plemion Izraela nakazuje uczciwość w postępowaniu wśród swoich – braci – natomiast w stosunku do obcych (gojów) już taka uczciwość nie obowiązuje (Pwt, 23, 20-21), a nawet nakazuje zawłaszczanie mienia obcych (Wj, 11, 2).

Nie lękajcie się!

Tak brzmiały pierwsze słowa przesłania, jakie 16 października 1978 roku skierował do świata nowo wybrany papież Jan Paweł II.

Może były to słowa skierowane do mnie? I do innych ateistów.

Tylko, że te słowa absolutnie mnie nie uspokajają. Boję się religii (prawie każdej religii) i boję się jej zagorzałych wyznawców. Albowiem ci najgłębiej wierzący swą wiarę mają na pokaz.

Muszą błysnąć przed innymi (przed sąsiadami, zwierzchnikami, kolegami, rodziną), muszą pochwalić się tym, że to jednak oni są najbardziej wierzącymi i że to muszą zobaczyć inni oraz podziwiać ich i chwalić).

Ich wiara nie jest ich osobistą, wewnętrzna, intymną sprawą, to jest wiara na zewnątrz, na pokaz dla innych.

Takie zjawisko, rozpowszechnione wśród ludzi wierzących, najlepiej oddaje wyrażenie:

ekshibicjonizm religijny.

Ale to jest chyba naturalne…

Ale jeżeli słowa: Nie lękajcie się skierowane były (i nadal są) do tych najgłębiej wierzących? I dodadzą im odwagi?

Myślę, że wówczas to się może skończyć nie tylko rechrystianizacją Europy…

Smutna (wg mnie) jest niemożliwość dyskusji, rozmów z ludźmi wierzącymi na temat religii i wiary.

Przyczyny są dwie:

1. silna wiara wierzącego nie potrzebuje sięgania po racjonalne argumenty
2. slogan, iż po prostu wiara nie wymaga dowodów!

I jeszcze jedno. Konsultując ten tekst – z wieloma osobami – miałem możność usłyszeć o sobie, iż jestem: wojującym ateistą.

Człowiek, który wyraża swój lęk, artykułuje swoje obawy, swój strach, zasługuje na taką etykietę?! Trochę dziwne, co!?

Marian Zdankowski

2 thoughts on “„Wojujący ateista” kontra „głęboko wierzący” – Marian Zdankowski

  • 9 grudnia 2020 o 09:11
    Permalink

    Stanisławie a u Ciebie jak z wiarą? Magistra masz to wątpisz?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *